01 maja 2019

Magda ♥ Alek

'Budzeni pocałunkiem wstają z łóżka właściwą nogą'
~L.Jasińska

(NIE)ZAPLANOWANA PRZYSZŁOŚĆ

Zdecydowanie ciągnęłam za sobą czarną walizkę trzymając w dłoni wypełniony dolarami portfel, zużyty bilet lotniczy, który chciałam zatrzymać na pamiątkę i uśmiechając się do ludzi mijających mnie w pośpiechu wiedziałam, że z głową pełną marzeń zaczynam nowy rozdział w kraju wyróżniającym się biało-czerwoną flagą, orłem w złotej koronie oraz Mazurkiem Dąbrowskiego. Zatrzymując się przy lotniskowej kawiarni próbowałam skontaktować się z osobą, która w moich ulubionych kontaktach ustąpiła miejsca na podium numerom do mamy, babci i jej starszej o rok siostry wspierającej mnie w każdej chwili, kiedy potrzebowałam odetchnąć od szkolnych murów w oczekiwaniu na wieczorny autobus do domu. Zmęczona podróżą, podczas której nie byłam w stanie przymknąć nawet powiek wybrałam stolik przy oknie, aby móc spoglądać na świat skąpany w deszczu. Odbierając od wysokiego kelnera menu przypomniałam sobie czteroletniego chłopca i jego ciągłe pytania doprowadzające mnie na skraj załamania i powodujące, że śniadanie podchodziło mi do gardła - mamo, a co to za niebieska wstążeczka? Jej słowa były na tyle przerażające, że przed oczami miałam ciemność, kiedy wypowiadała stanowczo za wiele informacji - syneczku, widzisz teraz rzekę, a te małe punkciki to ludzie. Słysząc odpowiedź krótkowłosej szatynki czytającej zieloną cegiełkę polskiej autorki kryminałów byłam w stanie wyskoczyć z samolotu kończąc swoje dwudziestotrzyletnie życie. Próbując zapomnieć o trudnych doświadczeniach towarzyszących przez równe dwie i pół godziny odetchnęłam z widoczną ulgą uświadamiając sobie, że to z pozoru urocze dziecko mogło lecieć ze mną do Polski aż z Portoryko; w tym czasie mój lęk wysokości nie przetrwałby kolejnych pytań, a rozwinięta wyobraźnia nie dałaby mi żadnego wytchnienia. Dziękując za kawę irlandzką z połączeniem koniaku zignorowałam przeszywające spojrzenie pilota, który popijając espresso odpoczywał po naszym wspólnym locie. Czując jak jedyny znajomy mi człowiek łapie moje wychudzone ramiona automatycznie wyłączyłam się z ostatnich zagranicznych wspomnień, kiedy z deską surfingową spacerowałam w trzydziestostopniowym upale, który w rodzinnym kraju pojawiał się najczęściej w wakacyjnych miesiącach. 
— A gdzie ciacho pani Szaszkewycz? — przed wypowiedzeniem mojego nazwiska zerknął na telefon zapewne odczytując je z któregoś z trzech portali społecznościowych. 
— Stoi obok mnie. — mruknęłam pociągająco odstawiając białą filiżankę z napisem Coffee House.
— Pytam poważnie, chociaż bardzo dziękuję za komplement. — musnął mój pokryty bronzerem i różem policzek. 
— Po świętach zdecydowanie mogę zamówić tylko kawę — spojrzałam z jaką radością zamówił eklerka. — Zrobiłeś to specjalnie, chyba nie mogę z tobą zamieszkać, jeżeli chcę mieć talię osy!
— Nawet musisz, a będziemy spać w jednym łóżku? — na jego twarzy pojawił się grymas, kiedy głośno westchnęłam i popukałam go po czole, ale długo nie musiałam czekać na blask w jego oczach i słodki dołeczek w policzku. — Patrz jaka niezła dupa, jest przystojniejszy ode mnie i rozbiera cię wzrokiem odkąd tutaj jestem. 
— No wybacz, ale nie jestem nim zainteresowana. — wyciągnęłam tablet i zaczęłam szukać odpowiedniej daty na mecz Zaksy Kędzierzyn Koźle. 
— Słoneczko — odebrał ode mnie urządzenie przeglądając zdjęcia bruneta występującego na pozycji przyjmującego. — Aleksander Śliwka nie chce poznawać kolejnej napalonej hotki. Twój najlepszy przyjaciel może cię z nim zapoznać w każdej chwili — uśmiechnął się lekko. — Nawet w tym roku. 
— Wolę pojawić się w jego życiu wraz z nowym rokiem, więc z chęcią poznam go za dwa dni, kotuś. 
***
Minęło następnych trzysta sześćdziesiąt pięć dni, podczas których nie zabrakło zdrowia, dobrych kontaktów z rodziną i kilkunastu spotkań zakończonych wygraną, którą potwierdzały zdobyte samodzielnie punkty na mniej lub bardziej znanych halach sportowych. Na koniec z dumą zgadzałem się na zdjęcia albo rozdawanie autografów na tyle długo, że odczuwałem drętwienie lewej dłoni. Opierając się o miękkie bezgłowie z męczącym, noworocznym kacem sięgnąłem leżącą obok mnie schłodzoną butelkę wody zastępującą przypadkową dziewczynę z klubu, która posyłała tajemniczy uśmiech w moją stronę przez całą noc nie przejmując się tym, że nie chcę zaproponować jej drinka ani krótkiego tańca. Wyczuwając zapach domowego rosołu ucieszyłem się jak małe dziecko na powrót rodziców; miałem dosyć samotnego siedzenia w dwupiętrowym domu i przeczesując włosy zrozumiałem, że mam kolejne postanowienie noworoczne. Dalej chciałem być postrzegany jako opanowany, uparty, ale i niesamowicie waleczny mężczyzna oddający siatkówce całe serce, lecz tego mroźnego ranka zapragnąłem także poznać dziewczynę, która zaakceptowałaby mnie takiego jakim jestem i zapragnęłaby czegoś więcej od przelotnego seksu w którymś z hoteli w Kędzierzynie-Koźlu. Wzdychając ciężko przed wyjściem z gościnnego pokoju obawiałem się noworocznej rozmowy; ojciec tylko by milczał zgadzając się z każdym jej zdaniem, a ja stałbym nad nimi zgarniając widelcem okruszki ciasta i wysłuchując te same słowa, które odbijały się w mojej głowie głośnym echem - Aleksandrze, w tym roku kończysz dwadzieścia cztery lata, ja w twoim wieku byłam dawno po ślubie i spodziewałam się drugiego dziecka. Za brak posiadania partnerki odpowiedzialna była ona; zawsze idealna i szukająca w przyszłej żonie syna podobizny do siebie, nienawidziłem jej kontrolowania i ciągłych przeprowadzek do tych samych miast, w których podpisywałem umowy z prezesami najlepszych klubów PlusLigi. Teraz wiedziałem, że bez jej zgody zwiążę się z dziewczyną najmniej przypominającą moją mamę; widząc ją w czarnej sukience z jasnymi dodatkami zrozumiałem, że castingi na wybór żon mają prawo odbywać się tylko w wieczornych programach telewizyjnych. 
—  Dzień dobry rodzinko  — zeskoczyłem z ostatniego stopnia krętych schodów przyglądając się wypoczętym osobom siedzących przy ciemnym stole. — Szczęśliwego Nowego Roku.  — wychrypiałem i poprawiłem kołnierzyk od koszuli w paski. 
— No cześć synku  — na rękach taty znajdował się mój jedyny chrześniak, który obracał w dłoniach piłkę z podpisem ulubionego piłkarza.  — Zagraj z nim, bo biedaczek nie mógł się ciebie doczekać. 
— Zwarty i gotowy do gry, ale najpierw pochwal się jak pięknie mówisz stół z powyłamywanymi nogami. 
— Nie powiem, wujku. Chodź na górę, bo ciocia byłaby smutna, gdyby jej nowa zastawa poszła do kosza. 
— Biegnij, a ja za chwilę przyjdę.  — wyciągnąłem bordowy koszyk z lekami i z uśmiechem wziąłem opakowanie aspiryny.
— Masz pozdrowienia od Błażeja i Igi  — rodzicielka wspomniała o rodzeństwie mieszkającym w Jaworze, którzy chodzili ze mną do jednej podstawówki.  — Wiesz, że twój kolega za trzy miesiące zostanie ojcem, a twoja pierwsza miłość wyszła za mąż? Oluś, ile mam jeszcze czekać na synową i wnuki? -czterdziestosiedmioletnia kobieta o kasztanowych włosach wyjęła z piekarnika sernik odstawiając go na miejsce obok mandarynek i pomarańczy. 
— Jeszcze nie wiesz co przygotował dla mnie nowy rok, więc proszę cię, ale nie zapeszaj, mamuś.
***
Świadomość przeprowadzki dotarła do mnie krótko przed zaśnięciem, kiedy odstawiając do zmywarki pusty kubek po gorącym mleku z miodem usłyszałam od oglądającego boks dwudziestopięciolatka cenną radę; musiałam zapamiętać sen w nowym miejscu, który mógł być dla mnie kluczowym początkiem mającym prawo spełnienia się jak najważniejsze marzenie wypowiadane podczas zdmuchiwania kolorowych świeczek. Rozpoczynając pierwszy dzień w niewielkiej firmie byłam na tyle zamyślona, że wróciłam wspomnieniami do tej krótkotrwałej fantazji; widziałam siebie w kosztownej sukni, co mogło oznaczać szczęście i dobrobyt, ale idąc samotnie w stronę ołtarza zobaczyłam znajomą twarz, którą poprzedniego wieczoru oglądałam na ekranie telewizora, kiedy ściskałam kciuki za wygraną podczas piętnastej kolejki plusligowej. Do tej pory bałam się zasypiać, kiedy krzycząc imię Aleksander wybudziłam właściciela mieszkania o czwartej rano nie pozwalając mu na odespanie bezsennej nocy. Wyjmując z szuflady morski kalkulator i układając równo wszystkie faktury zaczęły męczyć mnie pierwsze wyrzuty sumienia, wątpliwości i pytania, których nie przewidziałam przed wejściem na pokład samolotu. Może powinnam zapomnieć o trzymiesięcznym stażu w księgowości i wyjść stąd przed powrotem blondyna? Może nie powinnam była mu wspominać o byłym mieszkańcu województwa dolnośląskiego? Może najgorszym rozwiązaniem był wyjazd z Portoryko i niewyjaśnienie rodzicom tego, co planowałam od zeszłego roku? Jak mogłam być na tyle niemądra, że uczestniczyłam w jego życiu odkąd opuściłam białe BMW kombi wycenione za niebotyczną sumę? Skąd znalazłam w sobie tyle odwagi na opuszczenie słonecznych plaż na koszt zaśnieżonego miasta liczącego niespełna sześćdziesiąt tysięcy mieszkańców? Dlaczego to właśnie ja wybrałam miejsce pełne możliwości? Przerwałam szukanie odpowiedzi, kiedy w radiu oznajmili, że minęła właśnie dziesiąta, a ja obliczając, że w dawnym miejscu zamieszkania trwa noc odłożyłam telefon, aby nie skusić się na połączenie do rodzicielki, która wraz z mężem planowała miesiąc miodowy zwiedzając miejsca zaznaczone czerwonymi pinezkami na mapie powieszonej w gabinecie ojca. Próbując zbożowej kawy zagryzłam oparzoną wargę i unosząc wzrok, kiedy dobiegło do mnie skrzypienie schodów spodziewałam się wieloletniego przyjaciela, współlokatora, a także szefa, lecz zamiast jego ujrzałam pierwszego klienta, który wyglądał jak brat bliźniak siatkarza urodzonego dwudziestego czwartego maja. Czy to odpowiedni czas na pierwsze omamy? Nie zdążyłam go poznać, a już wiedziałam, że do reszty zwariowałam nie zachowując nic ze zdrowego rozsądku. 
        — Ale miła odmiana — spojrzał na mnie zaskoczony, a jego kąciki ust zaczęły unosić się ku górze. — Jest może Marcin? — zadał najprostsze pytanie na świecie, a ja nie byłabym w stanie wypowiedzieć własnego imienia i nazwiska. 
— Za pięć minut skończy spotkanie, napije się pan herbaty albo kawy? — wstałam z fotela i włączając czajnik czekałam na jego odpowiedź równocześnie kierując się do archiwum, w którym mogłabym swobodnie oddychać. 
— Proszę nie robić sobie kłopotu. — usłyszałam jak odsuwa ciężkie krzesło i gdybym została w biurze musiałabym spoglądać wprost w jego ciemne tęczówki. 
Zdenerwowana wybrałam ostatni kontakt i licząc do dziesięciu po polsku, angielsku i hiszpańsku zrozumiałam, że jestem na straconej pozycji. Pierwszy klient przesuwał tabliczkę z moimi danymi osobowymi, a ja przełykając falę goryczy musiałam stawić czoła niespodziance, o której przed wyjazdem wspomniał fan zbyt słodkiej herbaty, skarpetek we wzorki, rozrywkowego trybu życia i tygodniowych wyjazdów w każdym kwartale. Poprawiając obcisłą sukienkę zrozumiałam, co miał na myśli przy powolnym spożywaniu śniadania, kiedy ja spóźniona próbowałam jednocześnie umyć zęby, rozczesać kręcone włosy i znaleźć w bałaganie matujący puder. Bez mojego pozwolenia przeszukiwał bieliznę znajdującą się w walizce i wyrzucał do worka tą, która nie została przez niego zaakceptowana, a kiedy założyłam na siebie spodnie i koszulę stanowczo pokręcił głową rzucając w moim kierunku wieszak. Ostatni raz przeglądając się w lustrze zrozumiałam, że zaplanował to spotkanie, mój wygląd, a jego atrakcja mogła okazać się dla mnie ostatecznym upadkiem. 
—Większym problemem będzie usprawiedliwienie Marcina — oparłam się o komodę próbując skontaktować się z blondynem. — Niestety zostałam sama na pokładzie, ale zajmę się całą dokumentacją, po którą zapraszam jutro. — wyciągnęłam dłoń w kierunku teczek w jednej stonowanej barwie. 
—Chcesz ogarnąć to wszystko sama? Przecież to jest takie wyzwanie, jakbym miał zagrać każdego dnia jeden mecz.
—A chcesz powiedzieć rodzicom, że trafiłeś na księgową bez doświadczenia? Nie musisz się martwić, bo uwielbiam romanse z całorocznym remanentem.
—Nie mam argumentów w zapasie, dlatego przyjmij bilet na najbliższą rozgrywkę. 
      —Nie znam się na tym sporcie, zachowaj dla kogoś innego. —włączyłam drukarkę i otworzyłam różowobiałego lizaka. 
—Ale kina mi nie odmówisz, zostawiam tutaj swój numer i czekam na propozycję filmu, miłego dnia. 
***
  Poprzednia noc nie należała do najłatwiejszych; gdybym rozgrywał mecz na wyjeździe udałbym się do wynajętego pokoju albo autokaru i marzyłbym o szybkim powrocie do miasta, do którego przywiązałem się równie szybko jak do Warszawy, Olsztyna czy opuszczonego ostatnio Rzeszowa. Widząc jednak znajomą ulicę, świeżo wyremontowany blok odwróciłem się w przeciwnym kierunku wyczuwając, że jestem u siebie i niekoniecznie muszę kierować się w stronę czterech pustych ścian. Stałem z rękami w dżinsach i zgarniając z butów resztki śniegu nie liczyłem się z konsekwencjami, jakie mogą pojawić się po wejściu do pobliskiego baru. Całe spotkanie miało skończyć się na dwóch kieliszkach wódki, ale natrafiając wzrokiem na pozostałych zawodników zapomniałem o limicie, a najgorszą karą był widok zdenerwowanej matki, z której ust usłyszałem pierwsze bluźnierstwa, kiedy trzasnęła drzwiami od samochodu nie zważając na przeszywający ból głowy. Przebudzając się znienawidziłem wschodzące słońce drażniące moje przymrużone oczy; przede mną wisiała śnieżnobiała koszula, a pod kubkiem gorzkiej kawy znalazłem zaadresowaną kopertę - rozrywając ją bez wahania wiedziałem, że muszę wziąć się w garść, przestać się zniechęcać, więcej nie znajdować radości w alkoholu i być silniejszym w walce o to, żeby postanowienie z nocy z ostatniego grudnia na pierwszego stycznia stało się rzeczywistością, a nie senną marą. Nie mogłem odmówić pójścia na kolejne wesele, beżowe zaproszenie dało mi większą motywację do znalezienia miłości. Może nowy rok pozwoli na znalezienie odpowiedniej kobiety z dobrym sercem? Może pokocha moją pasję na tyle samo co ja i zaakceptuje, że nie będzie każdej nocy wtulona w mój tors? Czy znajdę czas na romantyczne randki? Jak zareaguje do tej pory najważniejsza kobieta w moim życiu na dziewczynę, która skradnie mu syna na wieki? Postanowiłem się tym nie przejmować i sprawiając, że przypominałem człowieka, a nie przerażający cień odblokowałem telefon omijając wszystkie komentarze, polubienia i oznaczenia pod zdjęciami. Zniechęcony przed wyłączeniem urządzenia usłyszałem cichą wibrację i widząc nieznajomy numer, a poniżej tytuł filmu oraz odpowiednią godzinę poczułem się, jakbym wygrał najważniejszą nagrodę cenniejszą od statuetki MVP, Oscara czy Nobla. Sięgając jedyną uprasowaną koszulę i dżinsy z przecięciami na kolanach wybrałem się po wielu dłużących się godzinach pod wskazany adres omijając wszystkie śliskie chodniki; starałem się nie uszczypnąć w dłoń, kiedy zobaczyłem ją odwróconą tyłem i zatrzymując wzrok na jej długich nogach zorientowałem się, że ma prawie sto osiemdziesiąt centymetrów, a ja mogłem się ogłosić tym głupim, który zawsze ma szczęście. 
—Zwariowałam, ale postanowiłam zaryzykować i wybrać się na horror z obcym mężczyzną i tak się zastanawiam czy wyjdę stamtąd cała —musnęła mój policzek ścierając z niego ślad po ciemnej szmince. — Pozwól, że przedstawię się oficjalnie, jestem Magdalena Szaszkewycz. 
—Skomplikowane nazwisko, ale już zapamiętałem, jestem Aleksander Śliwka i nie zamierzam cię tam zamordować, ponieważ byłoby za dużo świadków. — szepnąłem jej ostatnie słowa do ucha, kiedy zobaczyłem przyglądające się nam starsze panie wybierające się na operę mydlaną. 
—Dobrze, że mnie poinformowałeś, chociaż bez żadnego stresu obejrzę hit roku, na który tak długo czekałam. — zaczęła się śmiać i wskazując na zegarek pociągnęła mnie w kierunku sali z numerem dziewiątym. 
Obserwując napisy końcowe spojrzałem na zadowoloną brunetkę, która wyglądała jak modelka z reklamy i z trudem ogarniałem przy niej rzeczywistość; schodząc za nią z ostatniego rzędu widziałem wzrok niektórych mężczyzn, którzy w oczach mieli wymalowane pożądanie i cicho wzdychali, kiedy ich mijała. Czułem się wyróżniony i byłem ogromnie wdzięczny za tamtą nieobecność wieloletniego przyjaciela poznanego w gimnazjum, kiedy ja coraz mocniej zakochiwałem się w siatkówce, a on udowodniał wszystkim, że długie i skomplikowane obliczenia mogą sprawiać człowiekowi niewyobrażalną radość. Gdybym wtedy wiedział, że za biurkiem nie zobaczę blondyna posiadającego wielu ról - był właścicielem, nieomylnym matematykiem, sekretarzem, kelnerem i być może sprzątaczką, to uciekłbym prawdopodobnie stamtąd nie myśląc, że ten wieczór spędzę z jednocześnie piękną i mądrą kobietą. W ramach podziękowań byłem gotowy nie używać więcej przy nim monologu serialu, który zmieniłem na potrzeby jego płci - ja jestem mężczyzna pracujący i żadnej pracy się nie boję. Wychodząc z nią na zewnątrz zagryzłem wargę i równocześnie spojrzeliśmy na niebo śmiejąc się z opadających na nas płatków śniegu. Stałem od niej oddalony o kilka centymetrów, a byłem w stanie opisać bez zająknienia jej tajemniczy kolor oczu, miałem ochotę pogłaskać jej rozgrzany policzek, kiedy odwróciła się słysząc pisk małych dzieci, a ja nie chciałem, abyśmy rozstali się w tym momencie, trzy minuty po godzinie dwudziestej drugiej. 
—Dziękuję za ten wieczór — odezwała się nagle, jakby czytała mi w myślach i posłała w moim kierunku nikły uśmiech. —To spotkanie było naprawdę świetnym pomysłem, ale następnym razem nie zabieraj mnie do kina, kiedy w nocy wrócisz z meczu — roześmiała się. —Bałam się, że zaczniesz chrapać. 
—Cała przyjemność po mojej stronie — uśmiechnąłem się łagodnie. —Pamiętaj, że gdybym to zrobił następnym razem, to masz nieograniczone prawo na użycie przemocy wobec mnie. 
—A później oskarżyłbyś mnie o pobicie —zaczęła wpatrywać się w moje roześmiane oczy. —Wolę nie ryzykować.
—Kobieto, ale ty nie zrobiłabyś mi krzywdy. Jestem od ciebie wyższy i silniejszy, więc bez obaw. 
—Skarbie, chodzę na karate od dziesiątego roku życia. —uniosła brwi i dotknęła językiem kolczyka w dolnej wardze.
—Ty się ciesz, że z wrażenia nie straciłem gruntu pod nogami —skomentowałem zaskoczony. —Wyglądasz tak niewinnie, że nigdy bym o tym nie pomyślał, aż mam ochotę odkryć i poznać wszystkie twoje tajemnice. —mruknąłem ochryple. 
—Może kiedyś dostaniesz na to pozwolenie. —dotknęła kącika moich ust. 
—Gwarantuję ci, że będę tak samo waleczny jak na boisku —oznajmiłem i zacząłem śledzić opuszek jej palca, który zmierzał do górnej wargi. —A nie jestem łatwym przeciwnikiem. 
—Trafiłeś na odpowiednią rywalkę. —nagle poczułem ciepło ust pomalowanych na ognistą czerwień i usytuowała dłonie na moim białym kołnierzu
—W takim razie starcie będzie niezwykle wyrównane i z przyjemnością je z tobą stoczę —odparłem, odwzajemniając jej zachłanne pocałunki. —Jednak lepiej zmieńmy miejsce bitwy na nieco bardziej mniej publiczne. —ściszyłem głos i wskazałem na czarny terenowy samochód. 

***

Dwa lata temu pojawił się pierwszy post, więc świętujmy dzisiaj razem ♥ Tym razem bez retreat i też nie przychodzę tutaj z jedną częścią, bo dwie kolejne już czekają na publikację. Mam nadzieję, że nie wybiłam się z rytmu po tej przerwie i też nie obiecuję, że będę tutaj co chwilę. Przepraszam za brak aktywności u Was, ale jedzenie, kąpiel i sen były moim odpoczynkiem. UŚCISKI ♥

29 lipca 2018

Zośka ♥ Bartek

NIEZALEŻNA
   
     Z trudem zaakceptowałaś dźwięk alarmu, z którym nie miałaś do czynienia od prawie dwóch tygodni; zdjęłaś poplątane słuchawki, zebrałaś chusteczki nagromadzone przez długą noc, znalazłaś listek gorzkich tabletek, które musiałaś trzymać pod językiem i miałaś ogromną ochotę wyrzucić nowy telefon z dziesiątego piętra, nie przejmując się, że będziesz tego żałować chwilę po otworzeniu okna. Wstając powoli z łóżka poczułaś, że gardło zostanie rozerwane przez ból, a gdybyś miała mieć dzisiaj rozmowę o pracę, musiałabyś na wszystkie pytania odpowiadać pisaniem na kartce; nie byłaś w stanie wypowiedzieć żadnego słowa, a odszkodowanie za stan twojego zdrowia powinien ci oddać sam Taco Hemingway. O dziewiątej trzydzieści czułaś się, jakby po wychudzonym ciele przejechał czołg, przebiegło stado słoni i na koniec walczyłabyś z kimś, komu nie dorównywałabyś ani wzrostem, ani wagą. Gdybyś odziedziczyła charakter po swojej matce zostałabyś w domu, chowając się pod kołdrą i zamawiając drugą pizzę w przeciągu dwudziestu czterech godzin, na szczęście byłaś uparta, jak ojciec i mimo przeszywającego bólu, zażyłaś tabletki przeciwbólowe, popracowałaś nad sobą, aby przypominać człowieka, i wybrałaś się w kierunku osiedlowej siłowni, do której chodziłaś kilkanaście razy w miesiącu. Zaprzyjaźniona z mrozem i wiatrem nie zważałaś na śliskie chodniki i truchtem dostałaś się do celu, odwiedzanego częściej niż wszystkie restauracje, cukiernie i pizzerie w mieście. Sala z profesjonalnym sprzętem, cichą muzyką i sympatyczną atmosferą była twoim drugim domem; zasługi wymarzonej figury Zośki można było skierować do wszystkich pracujących tutaj trenerów, gdyby nie oni i twoja silna wola walki przypominałabyś kulkę, którą byłaś w czasach gimnazjum, czyli całe sześć lat temu. Omijając rowerek szerokim łukiem, wybrałaś sztangę i marzenie o tym, aby w te wakacje wbić się w idealny dwuczęściowy strój kąpielowy i zamiast gór wybrać polskie morze z plażą obleganą przez ludzi z całego świata. Cofając się o kilka kroków z motywacją wykonania trzystu przysiadów poczułaś mocne uderzenie w plecy i odwracając się w stronę swojej przyszłej ofiary, musiałaś wysoko zadrzeć głowę; przy uśmiechającym się mężczyźnie z kropelkami potu na czole poczułaś się jeszcze mniejszym skrzatem, niż do tej pory. 
    — Przepraszam, zagapiłem się.  — rzucił pośpiesznie, znowu siląc się na szczery uśmiech w twoim kierunku. 
    — Pewnie na samotne dziewczyny, które szukają chłopca na jedną noc.  — zerknęłaś na najnowszy model IPhone i położyłaś granatowy jak niebo podczas burzy ręcznik na szyi. — Następnym razem bardziej uważaj. 
  — Czy my się już kiedyś nie spotkaliśmy.  — przechylił głowę marszcząc brwi. 
    — Wymyśliłeś najtańszy tekst na podryw, jaki tylko może być możliwy.   —  zaśmiałaś się, upijając łyk wody. 
    — Gdybym coś wymyślił już bylibyśmy na kawie. 
    — Twoja pewność siebie jest oszałamiająca.  — postawiłaś butelkę w kącie i sięgając ponownie sztangę, zaczęłaś robić przysiady. 
    — Nieźle. -zagwizdał pod nosem i pokiwał głową z uznaniem. — Naprawdę nigdy się nie spotkaliśmy? 
    — A co dzielimy razem łóżko? — spojrzałaś się na niego. — Uparłeś się, ale nic tym nie osiągniesz. 
    — Już sobie idę, bo zaraz zabijesz mnie tym wzrokiem.    — mruknął przez ramię.    — Udanego treningu. 
    — Nie zabiję, bo policjanci w tym kraju nie są przystojni na tyle, aby iść do więzienia.    — szepnęłaś i ostatni raz zerkając na chłopaka w białej koszulce bez zagnieceń oraz limonkowych spodenkach, wróciłaś do ćwiczeń, na których zależało ci, jak na świeżym powietrzu. 

***

  Słyszysz pisk dziewczyn stojących obok ciebie, gdy siedzący przy konsoli mężczyzna rozpoczyna kolejną piosenkę, którą oczywiście znają na pamięć. Poprawiasz opaskę na nadgarstku myśląc jaki przedział wiekowy mieszkańców województwa łódzkiego skierował się dzisiaj do wypełnionego po brzegi Klubu Wytwórnia. Sam siebie zaskoczyłeś śpiewając pod nosem piosenkę, która pewnej sobotniej nocy nawinęła ci się na Spotify i potem poszedłeś o krok dalej; Szprycer, Marmur, Trójkąt Warszawski stały się twoimi dobrymi przyjaciółmi, więc wiedziałeś, że spędzisz swój wolny od treningu wieczór wśród dymu, krzyków i bitach stworzonych przez Rumaka. Kiwałeś głową w rytm największego hitu albumu – Nostalgii – chociaż ty osobiście czekałeś na zupełnie inną piosenkę. Nie musiałeś się martwić o miejsce pod sceną, twój wzrost pozwalał ci stanąć gdzieś między nastolatkami traktującego rapera jak Boga, a zdegustowanymi chłopakami przyprowadzonymi na koncert przez siostry, dziewczyny czy przyjaciółki, którzy jednak sądząc, że nikt nie zauważy śpiewali pod nosem słowa razem z główną gwiazdą wieczora. Rozejrzałeś się dookoła szukając przyjaciela jeszcze z czasów, gdy nie fotografowałeś się z ludźmi, którzy wiedzieli to wszystko co było dostępne w internecie; kiedyś z ciekawości wszedłeś na swoją stronę na największym źródle wiedzy dzisiejszego świata – Wikipedii – i musiałeś stwierdzić, że ktoś kto ją stworzył wykonał naprawdę dobrą robotę. Twój wzrok przykuła młoda blondynka, która podskakiwała rytmicznie wymachując głową i stojący obok niej, niewysoki chłopak, którego oczy błyszczały jakby stały w nich łzy. Zrobiło ci się ciepło na sercu, gdy doleciała do ciebie myśl, że może ktoś reaguje tak po zdjęciu z tobą, że chwilą rozmowy i uśmiechem spełniasz czyjeś marzenia. Pewnie, że zdarzały się gorsze dni, gorsze mecze, ale zawsze znalazł się ktoś kto po selfie jeszcze coś powiedział, podziękował, pokrzepił – robiło się łatwiej, jakby każdy kto doceniał twoją pracę odejmował ci z pleców trochę ciężaru.
  — Niech jeszcze pod sceną stanie to już nikt nic nie będzie widział  —  usłyszałeś poddenerwowany głos, a gdy się obróciłeś dostrzegłeś zniecierpliwioną brunetkę, którą próbowała uspokoić bezskutecznie koleżanka.
  Uniosłeś brwi rzucając jej pytające spojrzenie, które ona zignorowała i korzystając z okazji, że stoisz tyłem minęła cię i zajęła twoje miejsce. Pokręciłeś głową odpowiadając na uśmiech jej towarzyszki, która starała się załagodzić sytuację wykrzywiając usta w przepraszającym grymasie. Machnąłeś ręką odsuwając się kilka kroków do tyłu, aby i ona mogła stanąć nieco bliżej i dojrzeć coś przez tłum kłębiący się pod sceną. Rzuciłeś jeszcze okiem na brunetkę, która obserwowała całą sytuację kątem oka, jakby gotowa, aby siłą zaciągnąć koleżankę bliżej. Pokręciłeś głową nie podejmując rzuconej przez nią rękawicy, bo zdecydowanie nie chciałeś przekonywać się co jest w stanie zrobić rozzłoszczona dziewczyna. Oderwałeś wzrok od jej długich włosów podskakujących przy każdym jej ruchu i starałeś się skupić na kolejnych utworach; śpiewałeś razem z tłumem ludzi, krzyczałeś i byłeś świadomy, że pewnie przez kilka najbliższych dni będzie męczyła cię chrypka, jednak co jakiś czas zerkałeś na dziewczynę stojącą przed tobą, mimowolnie, albo może całkowicie specjalnie?

***

  — Możemy iść.  — usłyszałaś przepełniony radością głos nastolatki, która podbiegła najprawdopodobniej do swojej mamy i wskazała na najnowsze zdjęcie w galerii. — Mam już dwadzieścia polubień w niecałą minutę.  — pisnęła, kiedy poprawiała długi szalik z logiem bełchatowskiej drużyny.
  Tymi słowami zostałaś wyprowadzona z letargu, nie kontrolowałaś swojego zachowania od zakończenia meczu. Kręcąc głową z niedowierzaniem wzięłaś z kolan długi pasek od czarnej torebki i postanowiłaś wyjść jak najszybciej, aby nie rzucać się nikomu w oczy. Czułaś się obco w tym miejscu; większość osób prezentowało się w klubowych koszulkach z różnymi numerami na plecach, z dodatkami zakupowanymi krótko przed rozpoczęciem tego spotkania lub zabranymi przed wyjściem z domu, a ty siedziałaś tutaj, jakby ktoś przyciągnął cię siłą, chociaż do ostatniej chwili chciałaś, aby blondynka zabrała ze sobą sąsiada w którym zauroczyła się od momentu przeprowadzki. Poprawiając biały T-shirt, który według ciebie powinna mieć każda kobieta w szafie przeprosiłaś niskiego mężczyznę trzymającego aparat fotograficzny i zaczęłaś iść w kierunku wyjścia, kiedy ponownie złapaliście na chwilę kontakt wzrokowy. Z kim? Z mężczyzną, który tamtego dnia zupełnie nie pasowałyby Ci na sportowca; miał ponadprzeciętny wzrost i zarys jego mięśni oznaczał, że często korzysta z usług siłowni, ale ani przez chwilę nie myślałaś o nim, jak o siatkarzu Skry Bełchatów. Do tej pory pamiętasz, jak wybiegł w podstawowej szóstce, a ty mogłaś poznać jego imię i nazwisko. Prawdziwe, a nie sfałszowane. Lata temu miałaś do czynienia z mężczyzną, który okłamał cię w tak prostej kwestii, a okradając twój salon z kilku pierścionków i zabytkowego zegara myślał, że pozostanie bezkarny do końca swoich dni. Wracając do rzeczywistości spojrzałaś ostatni raz na Bartosza Bednorza i uśmiechając się do dzieci, które siedziały dwa rzędy przed tobą sięgnęłaś po telefon, i zbliżyłaś się coraz szybciej do drzwi wyjściowych, lecz zostało to przerwane przez głos, który nie dawał ci spokoju od waszego pierwszego spotkania.
  — Nie patrz się w tamtym kierunku Kacper, bo jeszcze zabiją Cię wzrokiem.  — zironizował, a ty przypomniałaś sobie tamten dialog, który nie trwał zbyt długo, ale nie potrafił opuścić twojej pamięci.
  — Gdybym chciała to zrobić dawno byś nie żył, słonko.  — wypowiedziałaś ostatnie słowo z czułością, na jaką nie zdecydowałabyś się przy obcym mężczyźnie, ale w tej znajomości zapomniałaś o jakiejkolwiek blokadzie.
  — Czyli odzywanie się do mnie nie jest największą ujmą? —  zaśmiał się, odwracając w twoją stronę.
  — Nie jesteś jeszcze największą plamą na moim honorze. -poprawiłaś wysuwający się skórzany pasek i wyrzucając plastikowy kubek po gazowanym napoju odwróciłaś się od niego z myślą, że wasza rozmowa dobiegła końca.
  — Hej, zaczekaj.  — jego głos rozniósł się po hali. — Umów się ze mną!
  — Ja z Tobą?  — zlustrowałaś jego twarz i zaczęłaś skubać nerwowo skórkę przy paznokciu.  — Chcesz zabrać mnie na randkę?
  — Lubię ryzyko.  — uśmiechnął się szeroko, następnie wyciągnął rękę w twoim kierunku.  — Bartek, bo chyba nie było okazji.
  — Zośka. -uścisnęłaś jego dłoń i czułaś jak serce zaczyna przyśpieszać swoją pracę.  — Nie wiem czy chcę się z Tobą umawiać.  — zagryzłaś wargę.
  — Nie zaryzykujesz to się nie przekonasz.  — przeczesał palcami mokre włosy.  — Muszę uciekać, mam nadzieję, do zobaczenia.
  — Zaczekaj.  — położyłam dłoń na jego torsie.  — Miejmy to już za sobą, będę czekała w tej kawiarni za rogiem.
  Zawieszając musztardową kurtkę na oparciu ciężkiego krzesła bałaś się zamrugać, oddychać szybciej czy spoglądać w okno, z którego mogłabyś zobaczyć jego sylwetkę. Wyczuwając zapach kruszonki, którą kelner z brodą wsunął pomiędzy inne ciastka zaczęłaś dmuchać parującą czekoladę. Wiedziałaś, że jeżeli nie wystawi cię do wiatru to podziękujesz swojej przyjaciółce za zaproszenie i jej dążenie do celu. Kupisz jej najlepsze czerwone wino, aby mogła wybrać się w odwiedziny do sąsiada, a nawet wręczysz jej bilet na najbliższy koncert Taco Hemingway'a, bo ich ilość prawie nie mieściła się w kopercie, którą z samego rana dostarczył ci tata. 

***

Uśmiechnąłeś się do nastolatka, który na każdym meczu dopingował was wyjątkowo głośno, gdy skręcałeś w alejkę z pieczywem. Nie miałeś problemu z obcowaniem na co dzień z kibicami, bo przecież wszyscy w Bełchatowie mieli żółte serca, w którym płynęła czarna krew. Kiedy podpisywałeś kontrakt nie spodziewałeś się, że to tutaj bije serce polskiej siatkówki. Mruknąłeś pod nosem coś o liście zakupów, którą obiecałeś robić, jednak na razie były to puste słowa i zwykle musiałeś wracać do sklepu po zapomniane produkty. Twoi koledzy śmiali się, że dobrze, że pamiętasz o treningach, więc wolałeś nie wspominać, że Kacper często musi do ciebie dzwonić i przypominać – to było najmniej ważne. Wrzuciłeś do koszyka kilka opakowań płatków owsianych ciesząc się, że będziesz miał chociaż co jeść na śniadanie.
  — Chcesz w końcu białe czy czerwone?  —  usłyszałeś poirytowany damski głos, który od razu rozpoznałeś i nie mogłeś powstrzymać uśmiechu, który cisnął ci się na usta. Wyobrażałeś sobie jak brunetka tupie nogą i przewraca oczami wiedząc, że jej rozmówca tego nie zobaczy. Sam po kilkunastu minutach przestałeś zwracać uwagę na jej gestykulacje i miny, które robiła podczas waszej rozmowy.  —  Może po prostu wezmę nasze ulubione?
  Podszedłeś bliżej obserwując jak wymachuje rękami omiatając spojrzeniem półki zapełnione alkoholowymi trunkami, od wódek przez rumy skończywszy na winach, które skupiały uwagę dziewczyny.
  —  Ja wolę białe  —  zaśmiałeś się opierając się o regał, a dziewczyna aż podskoczyła wypuszczając telefon komórkowy z dłoni. Zdusiłeś parsknięcie, gdy zmierzyła cię wzrokiem i nawet nie umiałeś przypomnieć sobie momentu, gdy to spojrzenie przestało działać na ciebie odstraszająco, a zaczęło wręcz przeciwnie. Ciekawiła cię jej nonszalancja, bezczelność i cała otoczka, którą wokół siebie roztaczała.
    — Cholera  —  przeniosła spojrzenie na urządzenie leżące między wami.  —  No widzisz co narobiłeś, śledzisz mnie?  —  przykucnęła poprawiając krótką sukienkę, a ty odruchowo zlustrowałeś jej szczupłe ciało kiwając głową z uznaniem. Była w twoim typie i miałeś wrażenie, że dałeś jej to jasno do zrozumienia, ale było w tym coś więcej niż pociąg fizyczny; chciałeś ją poznać, a ona ci tego nie ułatwiała.
    — Nie tylko ty robisz zakupy  —  wzruszyłeś ramionami wydymając wargę. Uśmiechnąłeś się szelmowsko podając jej butelkę wina z najwyższej półki, które przyjęła po chwili zawahania.  —  To kiedy kolejna kawa? Może tym razem nie będziesz chciała jej na mnie wylać.  — wzdrygnąłeś się na samo wspomnienie gorącej cieczy blisko twojego ciała.
    — To twój wzrost mi przeszkodził   — włożyła butelkę do wózka, a następnie zerknęła na ciebie z zaczepnym błyskiem w oczach.  —  W całym Bełchatowie nie ma innych sklepów?  —  zlustrowała cię wzrokiem zagryzając wargę.  —  W ostatnim czasie za często na siebie wpadamy.
  Zaśmiałeś się pod nosem przestępując z nogi na nogę; mimo że przez większość czasu Zośka była w stosunku do ciebie sarkastyczna, miała w sobie coś uroczego, co ujęło cię chyba już wtedy na siłowni, a może jeszcze wcześniej?
  —  Przeznaczenie, mała   — mrugnąłeś w jej stronę, a widząc jej powątpiewanie wybuchnąłeś śmiechem, na co tylko pokręciła zrezygnowana głową. Uniosła brwi przychylając głowę z delikatnym uśmiechem. Rozejrzała się dookoła wrzucając do wózka jeszcze paczkę paluszków.
  —  Jakby na świecie istniał tylko Bartosz Bednorz  —  rzuciła podchodząc do ciebie nieco bliżej. Uśmiechnąłeś się widząc jak zadziera głowę, aby na ciebie spojrzeć.
    — Będziesz w sobotę na meczu?  —  zapytałeś patrząc jej w oczy, a ona odwzajemniła na chwilę twój uśmiech. Miałeś wrażenie, że mimo jej docinków, przewracania oczami i uwag, które mogłaby sobie darować byłbyś w stanie przy niej cały czas się uśmiechać. Ciągnęło cię do niej zbyt mocno, żebyś zrezygnował, bo zobaczyłeś, że to tylko gra, że ona tylko udaje. Jak? Coś w jej spojrzeniu? Coś w sposobie mówienia? Mowie ciała? Może to była tylko intuicja, ale wierzyłeś jej, bo ona nigdy cię nie zawodziła.
  —  Niestety, ale moja przyjaciółka za bardzo was lubi  —  przewróciła oczami z uśmiechem.  —  Nie pozwoliła mi siedzieć w domu – mruknęła jak obrażony pięciolatek, któremu każe się wrócić do domu, gdy koledzy siedzą jeszcze w piaskownicy.
  —  No to do zobaczenia – pstryknąłeś ją w nos i z uśmiechem odwróciłeś się w stronę kas zostawiając ją w szoku, a dźwięk kółek wózka sklepowego usłyszałeś dopiero po dłuższej chwili.  

***

  Oparłeś się o drewniany płot cmokając w stronę klaczy, która w pierwszym momencie spojrzała się w twoją stronę i wróciła do przeżuwania trawy. Westchnąłeś przewracając oczami, bo spodziewałeś się, że chociaż dzisiaj nie będzie miała humorków, bo już jedną złośnicę miałeś obok siebie. Usłyszałeś jak brunetka śmieje się cicho pod nosem widząc twoje nieudolne próby przywołania do miejsca, w którym staliście zwierzęcia. Po chwili, gdy już chciałeś zawrócić i pokazać Zośce stajnię twoja ulubienica oderwała się od swojej przekąski i wolnym chodem zmierzała w waszą stronę. Uniosłeś zaskoczony brwi rzucając krótkie spojrzenie dziewczynie, która im koń był bliżej was tym miała większe przerażenie w oczach.
  — Nie bój się, ona nie gryzie   — rzuciłeś głaszcząc konia po łbie, a ona polizała cię po dłoni na co zaśmiałeś się pod nosem. 
  — Nie miałam nigdy styczności z końmi, dlatego jestem troszeczkę przerażona  — położyłeś jej dłoń na twojej i zdecydowałeś się na szeroki uśmiech, który ona po pierwszym szoku odwzajemniła i widziałeś z każdą chwilą, że ciepło bijące od zwierzęcia coraz bardziej jej się podoba. Gdy pierwszy strach minął sama dotykała łba z nieśmiałym uśmiechem.
    — Od Minnesoty można się uczyć łagodności  — poklepałeś klacz po szyi wyjmując z kieszeni marchewkę.  — Bardzo mi pomogła podczas sezonu, gdy było straszne ciśnienie na wygrane i punkty.  — wyciągnąłeś rękę w jej stronę.  — Spróbuj jej to dać.
  Zerknęła na ciebie jakbyś proponował jej lot na Marsa, a nie nakarmienie konia marchewką, ale po chwili wzięła od ciebie warzywo obracając je w dłoniach.
  — Jak zje moje palce to nie będę chciała cię znać  — zachichotała i spojrzała w wielkie oczy zwierzęcia.  — Chyba mnie polubiła.  — spojrzałeś na konia, który postawił do góry uszy i widziałeś, że dziewczyny się sobą zainteresowały. Kiedy wpadłeś na pomysł, żeby zabrać tutaj brunetkę widziałeś, że znajdą wspólny język.
  — Ma dobry gust  — zaśmiałeś się cicho zapinając pod szyję bluzę.
    — Musisz się tego od niej nauczyć  — naciągnęła kaptur na głowę i z radością spojrzała na zachmurzone niebo.  — Zaczyna padać, trzeba cię zaprowadzić do domu.
  Popatrzyłeś na zbierające się nad stadniną chmury i poczułeś, że jutro nie wyjedziesz w teren, bo wszystkie drogi będę pozalewane. Westchnąłeś zrezygnowany sięgając do skrzyneczki stojącej przy wejściu na pastwisko. 
  — Nie sądziłem, że się zgodzisz  — mruknął przypinając sznurek do ogłowia konia. Zerknąłeś na Zofię przestępującą z nogi na nogę z oczami wpatrzonymi w niebo jak zaczarowana. Lubiłeś te nieliczne momenty, gdy pokazywała swoje romantyczne, łagodne oblicze.
  — Na co się zgodzę?  — wzięła marchewkę z koszyka, który postawiłeś na murku po dłuższej chwili.
  — Na przyjazd tutaj  — wskazałeś ręką teren wokół was wyprowadzając na ścieżkę Minnesotę.
    — Wypisałam na kartce wszystkie plusy i minusy, ale to pierwsze wygrało. Bardzo chciałam zobaczyć to miejsce i przede wszystkim poznać tę piękność.  — zaśmiałeś się słysząc jej słowa, gdy otwierała bramę prowadzącą do stajni, ale jej zaczepne spojrzenie mówiło ci, że to tylko pozory.
  — Mówiłem jej, że masz dobry gust  — mruknąłeś w stronę czarnej klaczy zdejmując ogłowie i wprowadzając konia do boksu, a następnie zerknąłeś dyskretnie na dziewczynę, która już nieco śmielej podeszła do konia, który zarżał pod jej dotykiem.
  — Lubię cię ze względu na nią  — mruknęła butnie przejeżdżając kciukiem po zaróżowionym pysku  — I marchewki  — dodała sięgając po jedną z nich.
  — Założę się, że lubisz mnie bardziej —  uśmiechnąłeś się przekornie zamykając za sobą boks, aby Minn nie wybrała się na żaden spacer pod twoją nieobecność. Podszedłeś do brunetki nieco bliżej zaciskając dłonie na jej talii i skradając jej szybkiego buziaka. To musiało się tak skończyć, chociaż ona zarzekała się, że nie zaangażowała się od samego początku; przekomarzaliście się ze się sobą już prawie rok i zdecydowanie weszło wam to w nawyk, chociaż jej wewnętrznego lwa udało ci się okiełznać. Widziałeś jak błyszczą jej oczy, a uniosłeś jej podbródek i mrugnąłeś.  — Widzimy się w piątek w kinie, prawda?

***

R: Jestem i ja! A razem ze mną Bartosz, bo jakoś dobrze się czuję w męskim spojrzenie; don't ask - nie zapominajmy o Taco i Karo, bo to dopiero klucz do sukcesu.
K: Zostaniemy wieczną zagadką - mamy szalone pomysły, bo obecność Taco była tutaj dosyć przypadkowa, a publikujemy to w jego urodziny - sto lat, Fifi i moja kochana babciu (wybaczcie prywatę) Przyjmijcie nas z taką radością jak za pierwszym razem i nie miejcie pretensji, że dawno nas nie było, tutaj nie trzymamy się terminów, musi być magia, która nas pociągnie do pisania.

31 grudnia 2017

Michael ♥ Ida ♥ Andreas


DZIENNIKARKA

Linz było miastem w północno-wschodniej Austrii; liczyło prawie dwieście tysięcy mieszkańców, a wśród nich znajdujesz się Ty wraz z młodszą o cztery lata żoną. Kupiliście po ślubie niewielkie mieszkanie z widokiem na pętlę tramwajową i jako dwudziestotrzylatek nie musiałeś chodzić na imprezy, aby zapić smutki albo poznać przypadkową kobietę, która chciałaby spędzić z Tobą noc i nie oczekiwałaby śniadania składającego się ze zbyt słodkich kanapek z Nuttelą, które uwielbiała jeść Ida. Po trzech latach małżeństwa nadal byłeś szczęśliwym mężem zdolnej dziennikarki; czasami były dni lub tygodnie, kiedy mijaliście się w drzwiach, ale takiej miłości jaka trafiła się Wam w gimnazjum mógłby pozazdrościć każdy. Wasi rodzice nie mogli uwierzyć, kiedy oznajmiliście, że jesteście do siebie stworzeni i planujecie w przyszłości wspólne życie jako państwo Hayböck. Nie widzieliście siebie za dziesięć lat osobno, a wraz z osiągnięciem przez ukochaną dziewczynę pełnoletności poszliście do znajdującego przy parku Urzędu Stanu Cywilnego, aby zarezerwować najbliższy termin na wypowiedzenie przysięgi małżeńskiej. Wasz najważniejszy dzień w życiu przypadł na dwunastego grudnia w samo południe; brunetka z piegami na nosie nawet nie przejmowała się, że będzie musiała iść w krótkiej sukience w siarczysty mróz, płakała jedynie ze szczęścia i mimo, że mogła przed dobrych kilka lat być jeszcze singielką stanowczo wolała Ciebie i złotą obrączkę na palcu odbijającą się w słońcu. Znudzony wysłuchiwaniem codziennych wiadomości, przygotowałeś dla ukochanej owsiankę, a kiedy przekroczyła próg małej kuchni w bieliźnie i zobaczyła zapełnioną różową miseczkę przytuliła się mocno spoglądając na świeże owoce.  — Rozpieszczasz mnie.  — powiedziała popijając mocną kawę, którą zaczęła uwielbiać w szkole średniej, kiedy w jedną noc próbowała zapamiętać obszerny materiał.
 — Jak nie będę o Ciebie dbał to mnie zostawisz.  — ucałowałeś ją w odkryte ramię.
 — Anioł z Ciebie, kochanie.  — cmoknęła Cię w usta i wyjęła z teczki dokumenty zakreślając pojedyncze słowa czerwonym cienkopisem.  — Kiedy zaczynacie zgrupowanie?
 — Za trzy dni, skarbie. Nawet nie wiesz jak się cieszę, że jesteś dziennikarką. Jestem jedynym skoczkiem, który podczas zgrupowania może widzieć swoją żonę.
 — Przyjadę dopiero w poniedziałek, bo mam artykuł o Niemcach do skończenia, więc cały weekend spędzę w biurze.  — westchnęła i wiedziałeś, że trzy razy będzie wyłączała alarm, aby tylko przytulić się do poduszki pięć minut dłużej.
  — Mam tylko nadzieję, że żaden Cię nie podrywa, bo osobiście mogę któregoś pozbawić uzębienia.  — zaśmiałeś się cicho wyobrażając sobie niektórych zawodników bez śnieżnobiałych zębów.
 — Richard czy może Severin?  — spojrzała na Ciebie znacząco.  — Żadna konkurencja dla takiego przystojnego mężczyzny jak ty.  — usiadła Ci na kolanie.
 — To się jedyni skoczkowie z Niemiec, Ida. Chyba, że tylko z nimi współpracujesz.  — poprawiłeś koszulę spoglądając na jej twarz niepokrytą makijażem.
 — Zazdrosny?  — zdziwiła się poprawiając Twoje mokre włosy.  — Wydaje mi się, że nie muszę udowadniać co czuję.  — dotknęła torsu zagryzając lubieżnie wargę.
  — Przepraszam, ale to nie moja wina, że mam seksowniejszą żonę na tym świecie. Myślisz, że Niemcom na Twój widok nie miękną kolana? Jestem przekonany, że właśnie się tak dzieje na samą myśl, że przeprowadzisz z nimi wywiad.  — Nie jestem zazdrosna o oznaczające Cię na zdjęciach fanki.  — pogłaskała Cię po policzku pachnącym wodą po goleniu.
 — Tylko ja nie zwracam na te kobiety żadnej uwagi, a oni są zdolni do wszystkiego.
 — Skup się, żebyś wylądował podczas zawodów, kochanie.  — cmoknęła Cię przelotnie, gdy rozległ się telefon.  — Muszę odebrać, to z pracy.
Wyjęła z tylnej kieszeni ciemnych spodni telefon, a kiedy rzuciła ubranie na podłogę przypomniałeś sobie każdy szczegół z dzisiejszej nocy; zmęczony wróciłeś z torbą pełną zakupów przed dwudziestą pierwszą i byłeś pewny, że ogląda właśnie swój ulubiony serial. Nie było dnia, aby nie śledziła losów bohaterów, których nawet imion nie mogłeś zapamiętać. Uśmiechnięty otworzyłeś drzwi od sypialni, zobaczyłeś zaścielone przez siebie łóżko, a kiedy stanąłeś przy ścianie słyszałeś jedynie odgłosy kłótni sąsiadów, bo na zegarek nie mogłeś liczyć, zatrzymał się o pierwszej piętnaście, a Ty zapomniałeś znowu kupić baterii. Wykąpany czekałeś na nią z kolacją, jednak gdy na telefonie pojawiła się nowa data położyłeś się wygodnie próbując się do niej dodzwonić; znając ją trzymała telefon w ręku, ale wyłączony dźwięk uniemożliwił jej przesunięcie palca na zieloną strzałkę. Zadowolona obudziła Cię pocałunkiem w nos i zaczęła kontynuować pieszczotę na Twoich nawilżonych wargach; wypowiedziała jedynie, że czeka ją awans, a następnie zaczęła pozbywać Was ubrań, zabierając Twoją rękę na swoją szyję, kiedy chciałeś sięgnąć z szafki prezerwatywę. Natychmiast wyznała, że gdyby miała w domu Michaela juniora byłaby jeszcze bardziej szczęśliwą kobietą w tym mieście, w tym kraju i na każdym centymetrze tego świata, który zaczynał i kończył się na tej jedynej osobie, którą pokochałeś całym sercem. Zakładając na lewą ręką czarny zegarek i szukając ładowarki od telefonu oparłeś się o uchylone drzwi spoglądając na jej sylwetkę, zagryzioną wargę, a także lekko zaczerwienione policzki.  — Obiecuję, że zrobię co w mojej mocy.  — rzuciła pośpiesznie.  — Tak, ja też. Oddzwonię.  — poprawiła bluzkę.  — Co tam, Michael?
 — Co ja też? Mówisz tak tylko, gdy odpowiadasz, że mnie kochasz. Jestem coraz bardziej zazdrosny.
 — Dzwoniła moja redaktor, mówiłam ja też, bo potwierdziłam, że nie mogę doczekać się nowego kontraktu.  — przewróciła oczami.  — Nie wiedziałam, że mój mąż jest takim zazdrośnikiem.
 — Na moim miejscu też byś była.  — zacząłeś całować ją po szyi prowadząc w stronę łóżka.
 — Nawet nie wiesz jak bardzo. Wydrapałabym oczy Twojej kochance i pozbawiła wszystkich włosów.  — mruknęła między pocałunkami.
 — Tak sobie myślę, że wcale nie musimy iść na ten spacer, a moja ukochana teściowa wybaczy, że odwiedzimy ją z małym opóźnieniem.  — położyłeś brunetkę na materacu ściągając z niej spódnicę.

***

Uniosłeś drobną dłoń zasłaniając nią ostatnie słoneczne promienie, które wlatywały przez ciężkie, burgundowe zasłony, które w pośpiechu zasłaniałeś przed kilkoma godzinami. Czułeś na sobie jej wzrok i marzyłeś, że za kilka lat uda ci się ją zobaczyć w śnieżnobiałej sukni zmierzającą do ciebie stojącego przy ołtarzu. Przymknąłeś oczy czując jak rysuje różne kształty długim paznokciem na twojej nagiej piersi - przyjemne dreszcze, które owładnęły twoje ciało nie pozwoliły ci na spojrzenie na nią. Każdy twój mięsień reagował na nią zbyt silnie i widziałeś to już w momencie, gdy wpadła do berlińskiej kawiarni kilka miesięcy temu chcąc zabłysnąć przed redaktor naczelną wywiadem z niemiecką reprezentacją.
 —  Żałuję, że nie mieszkasz sama  — otworzyłeś oczy widząc jak się w ciebie wpatruje. Objąłeś ją mocno ramieniem i czując jak drży pocałowałeś ją w skroń, jednak ona tylko przewróciła oczami, a ty doskonale wiedziałeś co zaraz powie, bo przecież mówiła to samo za każdym razem jak zaczynałeś ten temat.
 — Jestem przykładną córeczką mamusi —  westchnęła dotykając twojego policzka zewnętrzną stroną dłoni i poczułeś na skórze dotyk jej pierścionka  — delikatnego pierścionka z szafirem, jedynej pamiątce po babci, której nigdy nie zdejmowała i mówiła, że nie chce nosić innej biżuterii. Nie rozumiałeś do końca dlaczego jest tak bardzo przywiązana do tego kawałka metalu, ale nie miałeś czasu, żeby dociekać.
 — Wiem, że przerabialiśmy to już miliony razy  — kiwnąłeś głową podnosząc się do pozycji siedzącej. Pochyliłeś się nad nią składając kilka pocałunków na jej odkrytym ramieniu, wycałowywałeś drogę od jej ust aż do niewielkiego znamienia pod lewym obojczykiem.  — Tęsknię i dalej nie mogę zrozumieć dlaczego nie możesz się tutaj przeprowadzić. Redakcje sportowe nie kończą się na tej twojej  — chwyciłeś kosmyk jej włosów między palce, a ona otworzyła usta chcąc się bronić.  —  Każda redakcja przyjęłaby cię z otwartymi rękami, a ja bardzo za tobą tęsknię jak wyjeżdżasz.
Spojrzała na ciebie z przekąsem unosząc się na łokciu, aby spojrzeć w twoje oczy. Prawie odruchowo nawiązaliście kontakt wzrokowy, a ona tylko szybko musnęła twoje wargi i odsunęła się na drugi koniec łóżka. Zaśmiałeś się pod nosem sięgając po leżącą na podłodze koszulkę i wciągnąłeś ją jednym ruchem. Zrobiła niezadowoloną minę, jednak tylko mocniej okryła się kołdrą zachowując ciszę przerywaną tylko szumem samochodów dochodzącym zza okna.
 —  Jesteśmy ze sobą za krótko, Andi  — uśmiechnęła się słodko zdrabniając twoje imię. Lubiłeś, gdy to robiła, bo właśnie wtedy czułeś, że wasz związek to coś więcej niż seks kilka razy w tygodniu. Może nie zawsze traktowałeś kobiety poważnie, ale odkąd spotkałeś dziennikarkę to nie spojrzałeś z pożądaniem na żadną inną, chociaż kręciło się ich wokół ciebie na pęczki. —  Może za jakiś czas. Nie chcę się spieszyć, kochanie.
 — Obiecaj chociaż, że o tym pomyślisz  —  zaśmiałeś się patrząc na nią z uśmiechem. Wstałeś z miejsca składając jeszcze pocałunek w jej włosach.  — Zrobię śniadanie, bo potem nie zobaczymy się przez jakiś czas.
 —  Słyszałam, że jutro redaktor naczelna ma dać pewnej dziennikarce bilet na zgrupowanie niemieckiej reprezentacji  — uśmiechnęła się lubieżnie kładąc się boku, żeby obserwować jak wyciągasz z lodówki produkty potrzebne do zrobienia naleśników.  — Mam przeprowadzić wywiad z przystojnym skoczkiem.  — uniosłeś brwi odkładając na blat butelkę mleka i opierając się o ściankę dzieląc salon z aneksem kuchennym.
 — Uzgodnijmy, że jestem nim ja.  — pochyliłeś się nad nią z szerokim uśmiechem, który poszerzył się jeszcze bardziej czując jej oddech na swoich ustach.  — Możemy już zająć się odpowiadaniem na te pytania, prawda?  — chuchnąłeś jej lekko w twarz budząc grymas, który cię rozśmieszył.
 — Pana fanki nalegały na pytanie czy jest pan zajęty  — mruknęła ci do ucha zaplatając dłonie na twoim karku i przyciągając cię do siebie.  — Panie Wellinger?
 — Jestem zakochany do szaleństwa  — szepnąłeś w przestrzeń między wami, która po chwili już zniknęła, a wasze języki toczyły walkę o dominację, chociaż wiedziałeś, że wygrasz.  —  A pani redaktor? Taka piękna kobieta pewnie trzyma kochanka w szafie. —  zapytałeś z zawadiackim uśmiechem, gdy się od siebie oderwaliście.
 — Nie tylko jednego  — mruknęła pod nosem, jednak przymknęła oczy widząc twoją poważną minę, która nie zwiastowała nic dobrego.
 — A gdzie ja w tym wszystkim?  — usiadłeś obok niej przeczesując palcami włosy, bo czułeś, że to nie tak miała się skończyć ta rozmowa.  — Pytam serio, Ida.  — uniosłeś kącik ust.
 — Kilka centymetrów nade mną —  stwierdziła rozbawiona wdrapując się na twoje kolana. —  Andreas, nie widziałeś mnie tylko dwa dni, a zachowujesz się jak napalony nastolatek.  —  mówiła obejmując cię mocno, a ty nie chciałeś, żeby ta sytuacja kiedykolwiek się skończyła.


***

Na przednim siedzeniu pasażera znajdował się bukiet złożony z dwudziestu pięciu czerwonych róż. Zdenerwowany wystukiwałeś palcami nieznajome dźwięki na kierownicy służbowego samochodu; wpatrywałeś się w powiększającą się nad miastem mgłę i odnosiłeś powoli wrażenie, że korek przede Tobą nigdy się nie zmniejszy. Te znajome ulicy pokonywałeś odkąd odebrałeś prawo jazdy, lecz w kilkuletnim życiu kierowcy nie widziałeś takiego oblężenia w Linz; nie zbliżały się święta ani ważne wydarzenia, a Ty czułeś, jakby Święty Mikołaj miał zapukać jutro do drzwi albo w przeciągu kilku godzin mieliby pozamykać wszystkie sklepy. Śpieszyłeś się do Waszego małego mieszkania, do niej piszącej kolejny artykuł albo poprawiającej błędy po młodszych koleżankach lub kolegach, którzy próbowali zdobyć taki sam talent jak Ida. Lodowate krople deszczu zagościły na przedniej szybie, a Ty na głos odliczałeś sekundy do zmiany sygnalizacji świetlnej i zastanawiałeś się nad ilością nieodebranych połączeń od żony - przyrzekłeś sobie, że to ostatni dzień, kiedy wyjechałeś na trening bez białej ładowarki, którą przy życiu trzymała taśma izolacyjna.
 — Obiad dawno wystygł.  — rzuciła oschle, gdy tylko otworzyłeś drzwi.
 — Przepraszam, ale był wypadek niedaleko i stałem w korku, nic nie mogłem poradzić, a samolotu nie posiadam.
 — Wystarczyło zadzwonić.  — nie patrzyła w Twoją stronę, wręcz unikała spojrzenia znajomych tęczówek, które wpatrywały się w nią z miłością.
 — Jeszcze z rozładowanego telefonu nie dzwoniłem.  — próbowałeś się bronić.  — Skarbie, nie bądź zła.
 — Ledwie wróciłeś, a już się mijamy.  — rzuciła chłodno.  — Chyba straciłam apetyt.
 —  Siadaj.  — krzyknąłeś i czułeś, że swoim zachowaniem podnosi Ci zawsze zbyt niskie ciśnienie. — Z tego talerza ma wszystko zniknąć.
 — Nie będziesz mi mówił co mam robić.  — stanęła na przeciwko Ciebie.  — Inni lepiej mnie traktują.  — rzuciła przez ramię i położyła na krześle czarny fartuszek.  — Wychodzę i nie wiem kiedy wrócę.
 — Zostań.  — szepnąłeś.  — Inni to znaczy kto? Może wezmę u nich prywatne lekcje?  — spojrzałeś na nią.  — Nie widzisz, że Cię kocham i skoczyłbym za Tobą w ogień?
 — Michael, nie mam ochoty się kłócić.  — westchnęła i założyła kurtkę.  — Ochłoń.
Słońce dawno schowało się za horyzont, temperatura drastycznie malała, a Ty przemieszczając się między salonem, a kuchnią próbowałeś wypatrzeć niską postać brunetki. Zirytowany rzuciłeś najnowszy model iPhone na prześcieradło i zaczepiając się o stertę prania w kącie, a także porozrzucane ładowarki od laptopów i zabawek Twoich chrześniaków, którzy zostawiali je u Was, aby przy każdych odwiedzinach mogli się bawić. Zawiązując fartuszek, który w złości porzuciła postanowiłeś zrobić jej przyjemność, aby po powrocie do domu poczuła przyjemny zapach lawendy i mogła w spokoju odsłuchać rozmowy ze sportowcami, aby skończyć lub rozpocząć wywiady.
 — Michi? —  zawołała Cię zamykając drzwi.  — Jesteś?
 — Jestem.  — wychyliłeś się z łazienki.  — Michi został Twoją prywatną sprzątaczką.  — pomachałeś żółtą ściereczką przeznaczoną do wycierania kurzu.
 — Może ja częściej będę się obrażać?  — zaśmiała się.  — Znalazłeś może moją bransoletkę od dziewczyn?
 — Leży na komodzie, skarbie. Masz coś jeszcze czerwonego do prania?
 — Sukienkę, która jest w walizce.  — uśmiechnęła się delikatnie.  — Zrobię nam herbaty.
 — Przy okazji zjesz obiad, chudzinko.  — otworzyłeś walizkę.  — Widzę, że kupiłaś interesujący komplet bielizny.  — uchyliłeś torebeczkę przyglądając się koronkowemu stanikowi i sięgając skrawek kartki
 — Nie zaglądaj tam, gdzie nie musisz.  — krzyknęła z kuchni i postawiła czajnik na kuchence.
 — Chwalę tylko twój zakup.  — włożyłeś ubranie do pralki i wróciłeś do niej.  — Nie mogę się doczekać kolejnej nocy. Kocham Cię, Ida.
 — Co ty taki czuły, kochanie?  — zaśmiała się i wyjęła sztućce z szuflady.
 — Tylko, że to ja tego nie pisałem. Naprawdę mi miło, że znajdujesz pocieszenie w ramionach innego.
 — Żartujesz sobie ze mnie?  — uniosła brwi.
 — A jak to wytłumaczysz? Kim jest ten A?
 — Ta A, jeśli już.  — usłyszałeś nerwowy śmiech.  — Poznałeś Anette, moją współtowarzyszkę niedoli podczas konkursów. Nie zauważyłeś, że jest naprawdę zabawna?  — objęła Cię mocno.
 — Skąd mam pewność?
 — Bo jesteś najlepszym co mnie w życiu spotkało i mam na palcu to.  — uniosła dłoń z obrączką i więcej nie potrzebowałeś, uwierzyłeś jej, bo kochaliście się nad życie.


***

 — Zgadnij kto jest najwspanialszym mężczyzną na świecie i przyniósł swojej kobiecie lunch do pracy?  — powiedziałeś na dzień dobry do telefonu komórkowego stojąc pod jej biurem.
 — Takim mężczyzną jest mój tata  —  zaśmiała się cicho, a ty mimowolnie przewróciłeś oczami trzymając w dłoni papierową torbę.
 — O cześć Hayboeck  —  uśmiechnąłeś się do wychodzącego z budynku blondyna  —  Już się boicie niemieckiej potęgi? Bardzo dobrze!  — zaśmiałeś się  — Przepraszam kochanie i lepiej popraw fryzurę, bo zaraz u ciebie jestem.  —  cmoknąłeś do telefonu rozłączając się i pożegnałeś skoczka głośnym  — Niemcy do boju!
 — Mam już lunch  — wskazała pudełko leżące obok laptopa.
 —  Zrobiłem lepszy  —  uśmiechnąłeś się szeroko  — Muszę o ciebie dbać, bo jesteś taka chuda, że prawie cię nie widać  — cmoknąłeś ją szybko w nos na co się zarumieniła.
 — Andreas  — mruknęła zaplatając dłonie na twoim karku  — Nie mogę ważyć więcej niż ty.
 — Głuptas —  pokręciłeś głową  — Spotkałem przed redakcją Michaela Hayboecka, wiedziałaś, że jego żona tutaj pracuje?
 — Możliwe, ale to zbyt wielka redakcja, żebym znała wszystkich.  — wzruszyła ramionami  — Nie spieszysz się na trening czy coś? Bo ja jestem w pracy, kochany.
 —  Kolacja wieczorem?  —  zapytałeś cwanie kładąc dłonie na jej biodrach, a ona pokręciła głową. —  Zaraz zaczynam sezon, a ty mi odmawiasz chwil z tobą. Nie ładnie, zapamiętam to sobie.
 —  Andreas, zaraz się spóźnisz  — wskazała tarczę zegarka, a ty pokręciłeś głową.
 — Sprawdzę czy wszystko zjadłaś  —  musnąłeś szybko jej wargi na co się roześmiała podnosząc twoją torbę i popychając cię w kierunku wyjścia.


***

 — Do zobaczenia, Ida. Kocham Cię.  — wyłączyłeś telefon i spojrzałeś na skoczka.  — Blady jesteś. Widzę, że jednak strach zagościł u Ciebie, ale nie martw się.  — położyłeś dłoń na jego ramieniu.  — Drugie miejsce też jest dobre.
 — Twoja kobieta też ma na imię Ida?  — zapytał marszcząc czoło.
 — Tak, moja żona ma na imię Ida.  — usiadłeś na ławce pocierając zmarznięte dłonie, gdyby była obok Ciebie znowu usłyszałbyś, że nie dbasz o swoje zdrowie.
 — Ciekawe.  — wzruszył ramionami.  — Moja też i nawet pracują w tym samym budynku. Moja Ida jest bardzo zdolną dziennikarką.
 — To samo mogę powiedzieć o mojej.  — uśmiechnąłeś się wyobrażając jak ciężko teraz pracuje, podziwiałeś ją z jaką szybkością i zdolnością pisała kolejne artykuły.  — Dobrze, że jeszcze my nie mamy takich samych imion.
 — Tak, rzeczywiście. -spojrzał na Ciebie.  — Wierzysz w zbiegi okoliczności, Michael?
 —  Na świecie może być pełno innych dziennikarek o imieniu Ida.
 —  Pewnie.  — wzdrygnął się.  — Chyba bym umarł z rozpaczy jakby to była ta sama kobieta.  — zaśmiał się krótko ukazując śnieżnobiałe zęby.
 — Moja żona nie zainteresowałaby się żadnym Niemcem. Wystarczą jej te wszystkie wywiady, które musi z Wami przeprowadzać.
 — Masz jakiś problem z moją narodowością?  — oburzył się lekko.  — Ty nawet nie jesteś w typie mojej dziewczyny.
 — Moja żona nawet by na Ciebie nie spojrzała.
 — Na mnie każda zwraca uwagę, bo jestem Andreas Wellinger.  — uśmiechnął się cwanie, jak to miał w nawyku od wielu lat. —  To ja co najwyżej mógłbym na Twoją Idę nie zwrócić uwagi, bo żadna nie jest piękniejsza od mojej kobiety!
 — Nie widziałeś jej, więc nic nie mów.  — wstałeś i uważnie na niego spojrzałeś.
 —  To ja pokażę Ci zdjęcie i zobaczysz jakiego anioła mam obok siebie.  — wyciągnął z kieszeni telefon w czarnej obudowie.
 — Wcale nie musisz, bo nie chcę się zachwycać twoim aniołem, mam swojego od kilku lat.
 — Czy ona nie jest wspaniała?  — zapytał i podsunął Ci pod urządzenie pod nos z galerią jej zdjęć.
 — Młody, jeżeli chcesz wygrać to znajdź inny sposób, żeby mnie zdenerwować. Dowiedziałeś się, że to moja żona i teraz chcesz popsuć mi dobry nastrój. Masz dwadzieścia jeden lat, a zachowujesz się jak dzieciak.
 — Stary się odezwał, a to nie jest twoja żona, lecz moja przyszła narzeczona.
 — To dlaczego miałbym nosić zdjęcie twojej ukochanej w portfelu? Podnosisz mi jedynie ciśnienie. —  popchnąłeś go na ścianę.  — To jest moja Ida.
 — Chyba sobie żartujesz.  — podniósł głos.  — Czy miałbym takie zdjęcie z twoją żoną?  — zapytał pokazując jak brunetka czule go całuje.  — Miałem Cię za normalnego kolesia, Michael.
 — Miałem nikomu tego nie pokazywać, ale bardzo proszę.  — pokazałeś mu zdjęcie, na którym spała naga przytulona do Ciebie.  — Wykasuj ten swój fotomontaż i lecz się na nogi, bo na głowę to stanowczo za późno.
 — Nie sądziłem, że jesteś takim dobrym informatykiem.  — pokiwał z uznaniem głową.  — Moja Ida będzie jutro na zawodach, więc możemy się spotkać.
 — Mam Cię na kłamstwie.  — wycelowałeś palec w jego klatkę piersiową.  — To jest zapasowy klucz do mojego pokoju, przyjdź około dwudziestej drugiej, usiądź w fotelu i popatrz na szczęśliwe małżeństwo.


***

Stanęłaś tuż przy bandach obserwując wiwatujących kibiców, którzy zdawali się być tak kompletnie oderwani do rzeczywistości rządzącej życiem przeciętnego człowieka - pieniądze, polityka, seks i wiele innych rzeczy, które rządziły światem. Tutaj się nie liczyło, bo skoki chłonęło się wszystkim; zaczynając od kosmyków włosów,a kończąc na czubkach bardziej lub mniej starannie wypastowanych butów, a adrenalina wpływała do krwiobiegu nie tylko skoczków siedzących w przeszklonym budynku. Zerknęłaś na kłębiących się wokół zeskoku dziennikarzy czekających na zwycięzców i tych wielkich przegranych, którzy mieli bić się najwyższe cele, ale nie mogli liczyć na te informacje, które ty miałaś na kilku dyskach schowane pod najgrubszymi ze swetrów w twoim osobistym, prywatnym mieszkaniu w samym sercu Wiednia, w którym ostatnimi czasy byłaś jedynie gościem. Uśmiechnęłaś się szeroko zaciskając kciuki dostrzegając nazwisko twojego męża w rogu telebimu. Michael był mężczyzną, którego ceniłaś za wszystko co powiedział i zrobił dla ciebie przez ten cały czas, odkąd się poznaliście.  Przejechałaś kciukiem po zimnym metalu, który kilka chwil przed wyjściem z hotelu włożyłaś na serdeczny palec. Słyszałaś jak ktoś z kolegów przeklina cicho pod nosem, gdy ostatecznie blondyn plasuje się na dwunastej pozycji, a ty zagryzasz wargi wspominając ostatnią rozmowę z blondynem, który zachwalał swoją formę i wydawał się być jej naprawdę pewny. Mieliście spotkać się wczoraj wieczorem, jednak z uwagi na pobyt w tym samym hotelu Niemców wolałaś nie ryzykować wykręcając się mnóstwem obowiązków i troską o jego samopoczucie, zresztą to samo powiedziałaś zabiegającemu o chwilę czułości Niemcowi, który wydawał się nie specjalnie zaskoczony twoim zachowaniem. Wystarczyła chwila, aby całe twoje życie zawisło na cienkiej nitce, którą mógł przerwać nawet silniejszy podmuch wiatru.
Czułaś jak świat, śnieg i masa kolorowych postaci miga ci przed oczami w jakimś dziwnym tańcu, gdy dwóch skoczków, którzy nigdy w życiu nie powinno się do siebie zbliżać gratuluje sobie z okazji zakończenia konkursu czy też sezonu. Zastygłaś w miejscu próbując opanować podchodzący ci do gardła żołądek. Czy to oznaczało koniec wszystkiego? Marzyłaś o tym, aby ukryć się gdzieś w tłumie flag, ukryć głos pośród skandujących imię zwycięzcy mieszkańców Austrii, twojego ukochanego państwa, które zmieniło cię w bezduszną kreaturę, w korporacyjnego szczura, który nie odpuszczał, gdy tylko poczuł krew. Młodzieńczą, bezbronną i nie przeszkodziła ci w tym nawet, że Andreas pochodził z Niemiec, nie obchodziła cię przysięga, którą składałaś najlepszemu przyjacielowi tryumfatora tegorocznych zmagań. Ktoś cię popchnął, ktoś szturchnął i zupełnie przerażona stanęłaś oko w oko z zawodnikiem, którego nie chciałaś spotkać, bo od dawna rzucał w twoją stronę róże aluzje, którego nie chciałaś spotkać w takim stanie, gdy swoją maskę musiałaś składać z porozrzucanych na śniegu części. Stefan Kraft patrzył na ciebie zupełnie obojętnie, jakbyś nie musiała już mu nic tłumaczyć, bo wszystko by wiedział. Przełknęłaś ślinę szukając wzrokiem kogoś kto mógłby go czymś zająć, ale w tej pieprzonej chwili nikogo nie interesował najlepszy z najlepszych. Ironia losu. Uśmiechnął się sztucznie patrząc ci prosto w oczy,  a ty umarłaś po raz drugi tego dnia.
 — Ida, jak miło cię widzieć  — jego głos ciął powietrze przenikając twoją skórę, zostawiając na niej mikroranki, których nie było sposób wykryć.  — Nie sądziłem, że masz taki tupet. —  wiedział, on musiał wiedzieć, a sporo on był pewien Michael poznał prawdę, o wszystkim. Każdy element tej chorej układanki zaczął mieć swoje miejsce, wszystko było całością. Zraniłaś wszystkich, bo chciałaś więcej, bo chciałaś błyszczeć na pierwszych stronach. Poświęciłaś wszystko; nawet własne małżeństwo.
 —  Oddasz mu to? Bo ja nie chcę, żeby musiał na mnie patrzeć  — mruknęłaś pod nosem wkładając mu do ręki złotą obrączkę, symbol wielkiej miłości, którą zniszczyłaś, którą niszczyłaś przez kilka miesięcy.
Nie kiwnęłaś głową, on nie krzyczał jak bardzo zniszczyłaś życie człowieka, za którym skoczyłby w ogień. Odwróciłaś się na pięcie i odeszłaś - odchodziłaś ze skoków, bo zbyt dużo się stało, aby zostać. Nie miałaś na tyle odwagi, żeby kłamać im prosto w oczy. Złapałaś gdzieś po drodze wzrok Adreasa, który udzielał wywiadu i biła z niego duma, chociaż widziałaś, że cierpiał, gdy cię zobaczył, że nic nie rozumiał. Oszukałaś go, ale wiedziałaś, że on niedługo zapomni; znajdzie sobie nową dziewczynę, która na pewno pokocha go tak jak myślał, że robiłaś to ty.
 — Ida  — ktoś złapał cię za rękę, gdy już miałaś pokazać ochroniarzowi wejściówkę dla mediów, a twoje serce stanęło. Starałaś się trzymać, gdy Michael Hayboeck stał naprzeciw ciebie i patrzył się w ten sam sposób co w urzędzie, z którego wyszliście tak cholernie szczęśliwi. Nic nie mówił, bo nie musiał. Słowa przelatywały między wami niewerbalnie, bo czy to nie była umiejętność prawdziwej miłości?
 — Michael, przepraszam  — dławiłaś się emocjami, które sama sobie zapewniłaś. Próbowałaś się uśmiechnąć, ale nie potrafiłaś. Czy już nigdy tego nie zrobisz?  — Pogratulujesz ode mnie trenerowi i reszcie?
Kiwnął głową i zrobił coś czego się nie spodziewałaś. Nachylił się i pocałował cię w policzek w taki sposób jak zwykł się z tobą witać, gdy nic nie wskazywało na to, że Planica będzie dla was tak okropnym miejscem. On się żegnał, więc i ty musiałaś zniknąć z jego życia, chociaż byłaś pewna, że w tym momencie złamały się aż dwa serca.

karo: Hej! dobrze, że nie składałam obietnicy pod przysięgą, mam nadzieję, że nie zapomnieliśmy o tym winie, które powstało szybko, ale zakończy się w wolniejszym tempie. Życzę wszystkim Szczęśliwego Nowego Roku i trzymajcie się mocno, ret może coś dopisze, ale ona w przeciwieństwie do mnie będzie się bawić; ja w domu, w swetrze i bez makijażu, ale jestem zadowolona. Całusy :*

retreat: Karolcia siedzi w domu, a ja życzę Wam wszystkiego najlepszego w Nowym Roku 2018 prosto z drogi na imprezę 😏 Niech Wam będzie tak miło jak nam, gdy pisałyśmy! Buźka!